DO GÓRY

Jak mierzyć sukces w sztuce?

11 Grudnia 2017

W przypadku sztuk pięknych miarą wielkości jest nieśmiertelność – dzieła, ale i twórcy. Ale w przypadku filmu – sztuki, której obecność liczy się nie w stuleciach, lecz ledwie w dekadach? Przed 85 laty wymyślono więc festiwale – miejsce konfrontacji twórczych dokonań filmowców.

Na przełomie lat 70. i 80. - zgodnie z duchem epoki, a raczej w myśl reguł obowiązującej propagandy sukcesu – wypatrywaliśmy nagród dla polskiego kina, ciesząc się z każdego najskromniejszego nawet wyróżnienia. W końcu bycie czołową kinematografią świata – trzy nominacje do Oscara w latach 1975-77– zobowiązywało. Pamiętam, jak obserwowaliśmy rywalizację młodych - Piotrów Szulkina i Andrejewa – zastanawiając się, który zbierze więcej nagród. Czy wówczas śledziło się sukcesy Krzysztofa Kieślowskiego? Nie, Kieślowski już wtedy był poza zasięgiem, w środowisku miał opinię łowcy nagród, o czym mówiono z uznaniem – może bez dumy (ach, ta środowiskowa zawiść!), ale też bez ironii.

Na stronie www.imdb.com, największym portalu filmowym w Internecie, Kieślowskiego przedstawia się jako filmowca dwukrotnie nominowanego do Oscara, laureata 61 nagród i 26 nominacji. Bilans imponujący, ale czy kompletny? W rzeczywistości nagród, przyznanych Kieślowskiemu i jego dziełom, było więcej – gros z nich przyniosły filmy fabularne, które w latach 80. i 90. stały się wyznacznikiem drogi, jaką powinno pójść światowe kino, dotąd nastawione na politykę. Ten skręt w stronę metafizyki sprawił, że o Kieślowskim stało się głośno – i to w chwili, gdy polski film dopiero szukał swego miejsca w nowej rzeczywistości.Wtedy też zaczęto mówić o Krzysztofie Kieślowskim jako o tym, który zdołał odcisnąć swe piętno na kinie światowym, a miarą jego wielkości stało się to, że wszyscy potrafią prawidłowo wymówić jego nazwisko.

WRÓĆ NA STRONĘ GŁÓWNĄ

PARTNERZY
Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego